Anna Walentynowicz

W katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem zginęła Ukrainka, losy której kiedyś zmieniły los Polski.

 
 
Autor: Walentyna Odarczenko
 


Ганна Валентинович, фото з сімейного альбому
Równe – Anna Walentynowicz (panieńskie Hanna Lubczyk) była wśród
założycieli wolnych związków zawodowych w Polsce i aktywizowała ruch robotniczy
w Gdańsku – właśnie ten, od  którego rozpoczęła się nowa era nie tylko dla Polaków, ale i dla całej EuropyWschodniej. Gorzka ironia losu sprawiła, że zginęła razem z Lechem Kaczyńskim,
który był jej współpracownikiem w sprawach obrony praw robotników jeszcze u
początków „Solidarności”. To właśnie zwolnienie jej z pracy 7 sierpnia 1980 roku, pięć miesięcy przed emeryturą, stało się bodźcem dla robotników do rozpoczęcia strajku, który po pewnym czasie przerodził się w ruch robotniczy „Solidarność”. Wtedy to stocznia przerwała pracę. Doradcą prawnym ruchu robotniczego był Lech Kaczyński. Polacy nazwali Annę „Sprawiedliwością” albo „Matką «Solidarności»”. Jednak zarówno wtedy, jak i później, nawet jej współpracownicy często nie domyślali się, że ramię w ramię z nimi od początku  walczy o prawa socjalne, a z czasem i o niezależność Polski Ukrainka.
Po pewnym czasie stosunki między Walentynowicz, ze względu na jej nieprzejednane stanowisko, a Lechem Wałęsą, skomplikowały się. To właśnie jej, a nie Wałęsie, w 2005 roku George Bush wręczył Medal Wolności Trumana – Reagana, a w następnym roku prezydent Polski Lech Kaczyński wręczył Order Orła Białego.
 
 
Z ZIEMI OJCZYSTEJ
 
W Równem mieszka siostra rodzona Anny Walentynowicz, 84-letnia Olha
Lubczyk. W te dni gorzko opłakuje śmierć  siostry, którą po niemal sześćdziesięcioletniej
rozłące spotkała po raz pierwszy  1996 roku. Od tego czasu Walentynowicz
każdego roku gościła w Równem i w rodzinnej wsi Sadowe znajdującej się w
rejonie hoszczańskim. Od siostry Radio Swoboda dowiedziało się o tym, o czym
nie wiedziała o swojej bohaterce Polska.

Olha Lubczyk - starsza siostra Anny Walentynowicz
 
 
Ona wyjechała z rodzinnej wsi Sinne znajdującej się w rejonie tuczyńskim,
będąc dziewięcioletnią dziewczynką, razem z polską rodziną, u której przyszło
jej pracować. Hanusia była sierotą, chociaż macocha kochała ją jak swoje własne
dziecko. Rodzina Lubczyków żyła zgodnie. Ale kiedy władza radziecka zabrała
ziemię, nastały ciężkie czasy – opowiada starsza siostra. Za Polski żyliśmy bogato, dobrze i spokojnie. Ludzie zazdrościli nam – i dzieci dużo, i matka obca, a dobrze żyją – wspomina Olha Lubczyk. A jak już ziemię zabrali, majątek, inwentarz – staliśmy się tak biedni, że nie było co na
siebie włożyć, chodziliśmy boso. Od dzieciństwa nie gardziliśmy żadną pracą. Aż
przyjechali polscy gospodarze Leśniccy, u których nasza macocha kiedyś pracowała.
Przyjechali oni z Babyna. Kontraktowali buraki po wsiach. Kiedy pan Pruszyński
wyjechał z Pustomyt, oni objęli jego gospodarstwo. Było tam wszystko:
konie, krowy, świnie … A oni i mówią: „Dajcie nam jedną dziewczynę do pracy”.
Ona wszystko robiła – jeść gotowała, karmiła świnie, doiła krowy, prała. Polacy,
przestraszeni wydarzeniami wojennymi, przeprowadzili się do Hoszczy i zabrali
ze sobą Hanusię – ona była niezbędna, bo umiała wykonywać każdą pracę. W pogoń
rzucił się ojciec, ale na próżno. Ojcu powiedzieli, że ona dokądś poszła,
ale ją obowiązkowo zwrócą rodzinie. Już jak spotkałyśmy się, to siostra opowiadała,
że już drugiego dnia wywieźli ją  z Hoszczy – do Hruszwicy pod Równem
– mówi Olha Lubczyk. Dziewczynę poinformowali, że rodzinę zamordowali naziści,
którzy spalili wieś. W rzeczywistości podobna tragedia zdarzyła się w sąsiadującej
ze wsią Sinne wsi Pustomyty.



DRUGA OJCZYZNA I WIECZNA WALKA
 
 
Jechali do Polski cały tydzień. Pod Gdańskiem mieszkała rodzina Leśnickiego.
Tam też było 15 krów, konie, świnie.  Ona tam wszystko robiła. Póki wydoi
tych 15 krów, to pada prosto obok nich. A  w nocy znowu budzą: „Wstawaj, bo trzeba
pokrzywy przynieść świniom” – mówi     pani Lubczyk. A jak będziesz mówić, że
jesteś Ukrainką, to ciebie zamordują – przestrzegali dziewczynę gospodarze. 
I ona bała się. Ale jakoś ją okrutnie pobili  i w rozpaczy dziewczyna poszła nad
morze – dokonać rozrachunku z życiem. Hanię zauważyła gospodyni, która brała u
nich mleko. Pocieszyła, zabrała do siebie,   a wtedy znalazła jej pracę – opiekować
się dzieciątkiem w jednej rodzinie. To byli dobrzy ludzie, różnica między nimi
a byłymi gospodarzami była ogromna. Jedli śniadanie i kolację przy jednym stole,
dobrze odnosili się do niej, szanowali. A  kiedy ich zabrano do innej miejscowości
do pracy, oni zostawili jej mieszkanie –  opowiada Olha Lubczyk.
Na początku Anna pracowała w fabryce  margaryny, ale zainteresowała się
zawodem operatora suwnicy – opowiada siostra. Dyrektor fabryki, zauważywszy
to, zaproponował jej kursy dla robotników. W dzień – praca, wieczorem – nauka.
Po pewnym czasie podjęła pracę jako operator suwnicy w stoczni. Wyszła za mąż
za Polaka, stała się rzymską katoliczką. A kiedy w Polsce rozpoczęły się zamieszki,
przystąpiła do „Solidarności”.   Obok byli i Lech Kaczyński, i Lech
Wałęsa, i Aleksander Kwaśniewski. Ona była matką chrzestną dzieci Wałęsy. Co
prawda, z czasem ich poglądy rozeszły  się. Kiedy zaczęły się poważne zamieszki
– ucierpiało dwa i pół tysiąca ludzi, pobili  ich, a ona trafiła do więzienia na 11 miesięcy.
Wypuścili ją – i znowu … Syn wrócił z wojska, i jego też zabrali – opowiada
ze łzami w oczach Olha Lubczyk. Kiedy ją tam skazali, do nas z KGB przychodzili,
pytali ojca czy była taka córka i gdzie ona  jest. A jemu jakby ktoś podpowiedział powiedzieć:
„Była taka, ale umarła”. Jeszcze i telefonowali do rady gromadzkiej,
pytali, czy taka znalazła się. Ale im odpowiedział  przewodniczący rady gromadzkiej,
że nie. To był 1981 rok.
 
 
SPOTKANIA I STRATY
 
Tylko ojciec wierzył, że Anna żyje. Był on pewny, że mieszka ona w Polsce,
ale jak jej szukać – tego nie wiedział. Już wtedy, gdy był przykuty do łóżka, krewna
zachęciła go, by napisać list do firmy poszukującej ludzi. Napisali więc list do
Kijowa, do biura poszukiwawczego. Zapłacili milion (właśnie wtedy szalała inflacja).
Poszukiwania ciągnęły się latami. List ojca został ogłoszony w radiu. I stał
się cud: historyk z Tarnopola i jednocześnie krajoznawca Jefrem Hasaj usłyszał o
liście i przesłał pytanie do biura adresowego w Warszawie.
ANNA WALENTYNOWICZ LECIAŁA DO WARSZAWY JAK NA SKRZYDŁACH.
TAM POWIEDZIELI JEJ, ŻE OJCIEC JĄ SZUKA
Ów wietrzny dzień listopadowy Olha Lubczyk wspomina jako najszczęśliwszy
dzień w życiu, ale z posmakiem goryczy.
Nie widząc siostry 54 lata, jeszcze w oknie autobusu poznała ją, wyglądała dokładnie
tak, jak ją sobie wyobrażała. Jednak Anna nie wiedziała, że ojciec zmarł
niedługo przed tym spotkaniem. Odtąd, 15 lat z rzędu, Anna Walentynowicz
co roku przyjeżdżała do swojej Ojczyzny. Ostatni raz dzwoniła, by
przekazać informację o wyjeździe do Katynia. W przeddzień wyjazdu była w
Waszyngtonie i Rzymie. Tym razem nie udało się otrzymać błogosławieństwa Papieża
przed wyjazdem, jak to bywało co roku. W tej podróży Anna Walentynowicz
nie była pracownikiem technicznym, jak to podawały środki masowego przekazu.
Ona była człowiekiem, dla którego historia nie była obca, niezależnie od tego jak
gorzka. Była w Katyniu nie raz – mówi jej siostra Olha. Tak więc nawet choroba nie
mogła jej przeszkodzić w ponownej drodze do Katynia. Jednak śmierć jej przeszkodziła.
Gdy rodzina usłyszała o katastrofie, prawie nie mieli wątpliwości – tam była
Anna. Telefon w Polsce odebrał syn Janusz, który powiedział: „Mamy już nie
ma”. Annę Walentynowicz straciły dwa państwa – Polska oraz Ukraina, do której
tak lgnęła w ciągu ostatnich lat. Jednocześnie na Ukrainie, jak również w małej ojczyźnie
– Ziemi Równieńskiej – dopiero teraz odkrywają ją jako swoją rodaczkę,
gdyż do tej pory nic o niej nie wiedzieli.
 
 
 
Z ukraińskiego przełożyła Maria Ferenc
Dwumiesięcznik Wołanie z Wołynia.  Styczeń-Luty 2011 r.